Olga Niziołek
BY Sebastiaan Chabot
Cała tego nieprawdopodobność
16-11-2020

Wracając na rowerze z festiwalu Crossing Border do hotelu Kurhaus oraz do Grant i Marjet, ujrzałem, że burza wisząca wcześniej nad morzem się opamiętała.

Mężczyzna w średnim wieku urządzał sobie przebieżkę po bulwarze w Scheveningen. Niedaleko drewnianej Bożej chatki zwolnił kroku, by podkręcić tempo zaraz za nią.

Dostawczak firmy rodzinnej Rip b.v. ze Scheveningen zatrzymał się przed barem plażowym De Golfslag, a właściwie przed tym, co z niego zostało: drewniane podłogi i ścianki, z których wyjęto okna. Reszta leżała już w kontenerach, które zostaną zabrane wielkim żurawiem następnego ranka i przywiezione ponownie dopiero w marcu, kiedy na plażę powrócą knajpki.

Firma Rip b.v. specjalizowała się w pracach wykopowych i wyburzeniowych i nie narzekała na brak zleceń. Dwóch członków rodziny Rip o szerokich barach robotników portowych zaczęło ładować deski podłogowe do samochodu. Rip senior palił papierosa i udzielał wskazówek. Fachowo uprzątano ostatnie pozostałości po lecie – takie zadanie można było ze spokojnym sercem powierzyć firmie Rip b.v.

W barze Waves hotelu Kurhaus Grant i Marjet wypiły po ostatnim kieliszku białego wina. Ich walizki stały w hotelowym lobby, gotowe do wyjazdu.

– Mniej więcej rok temu wynajęliśmy willę w Portugalii – zauważyła Grant.

– Jak fajnie – rozmarzyła się Marjet.

– Tak, ale nie, nie do końca.

– Jak to?

– Zapłaciłam ekstra za jedynkę, bo od śmierci Leo nie mogę spać przy kimś innym, i co się okazuje: łóżko jednoosobowe to polówka w kuchni, przez którą się szło do łazienki i ubikacji. Na pięć osób jedna łazienka i jedna ubikacja. A w tej drugiej jedynce był już Kees. Nigdy więcej czegoś takiego nie zrobię.

– Straszna sprawa.

– Za to przygotowywali posiłki.

– O, świetnie.

– Ach, cudownie. Można było po prostu usiąść do stołu.

– To czemu Kees nie odstąpił ci tego pokoju?

– Nie wiem. Przyjechał dzień wcześniej i nie odstąpił.

– Znów to samo: tacy już są ludzie..

– Tacy są ludzie.

Osiemdziesięciolatek w trzyczęściowym garniturze,  wsparty o żonę, podszedł do wysokiego stolika, na którym postawiono środek dezynfekujący. Kobieta skropiła mu alkoholem dłonie i upewniła się, że mąż czyści także miejsce między palcami.

Gdy usiedli przy stoliku koło okna, podszedł do nich barman.

– Czy podać państwu coś do picia?

– Nikt mnie nie kocha! – wykrzyknął mężczyzna. Drżała mu dolna warga.

– Nie jest aż tak źle – odparła spokojnie kobieta, która ewidentnie częściej musiała wysłuchiwać podobnych okrzyków męża.

– A już na pewno nie ty!

– Podać panu kawę? – spróbował barman.

– Dla niego tak – odparła kobieta, nie podnosząc wzrok znad menu. – A dla mnie będzie szarlotka z bitą śmietaną. Jest chyba trochę kwaskowata, co? Ta szarlotka. Bo jak nie, to podziękuję.

Grant i Marjet, siedzące parę stolików dalej, uważnie obserwowały wejście nowych starych ludzi.

– Wiesz co? – zagadnęła Grant. – Moim zdaniem wszyscy młodzi ludzie będą mieć zaraz stare ręce od tej chemii. My już mamy stare ręce, to co innego. Ale ci młodzi!

Marjet omiotła wzrokiem swoje pomarszczone dłonie.

– Jak patrzę na tamtą dwójkę, jak tak człapią… – Grant zaczęła szeptać – to bardzo się boję… Bardzo się boję, że stanę się taka jak oni. Taka siwa i stara, i tak bliska ostatecznej oczywistości śmierci.

– Ach – odparła Marjet. – Jeśli przyjdzie taki czas, to po prostu wyśnij sobie, że kiedyś żyłaś, z całą tego nieprawdopodobnością.

Olga Niziołek
16-11-20

Wracając na rowerze z festiwalu Crossing Border do hotelu Kurhaus oraz do Grant i Marjet, ujrzałem, że burza wisząca wcześniej nad morzem się opamiętała.

Mężczyzna w średnim wieku urządzał sobie przebieżkę po bulwarze w Scheveningen. Niedaleko drewnianej Bożej chatki zwolnił kroku, by podkręcić tempo zaraz za nią.

Dostawczak firmy rodzinnej Rip b.v. ze Scheveningen zatrzymał się przed barem plażowym De Golfslag, a właściwie przed tym, co z niego zostało: drewniane podłogi i ścianki, z których wyjęto okna. Reszta leżała już w kontenerach, które zostaną zabrane wielkim żurawiem następnego ranka i przywiezione ponownie dopiero w marcu, kiedy na plażę powrócą knajpki.

Firma Rip b.v. specjalizowała się w pracach wykopowych i wyburzeniowych i nie narzekała na brak zleceń. Dwóch członków rodziny Rip o szerokich barach robotników portowych zaczęło ładować deski podłogowe do samochodu. Rip senior palił papierosa i udzielał wskazówek. Fachowo uprzątano ostatnie pozostałości po lecie – takie zadanie można było ze spokojnym sercem powierzyć firmie Rip b.v.

W barze Waves hotelu Kurhaus Grant i Marjet wypiły po ostatnim kieliszku białego wina. Ich walizki stały w hotelowym lobby, gotowe do wyjazdu.

– Mniej więcej rok temu wynajęliśmy willę w Portugalii – zauważyła Grant.

– Jak fajnie – rozmarzyła się Marjet.

– Tak, ale nie, nie do końca.

– Jak to?

– Zapłaciłam ekstra za jedynkę, bo od śmierci Leo nie mogę spać przy kimś innym, i co się okazuje: łóżko jednoosobowe to polówka w kuchni, przez którą się szło do łazienki i ubikacji. Na pięć osób jedna łazienka i jedna ubikacja. A w tej drugiej jedynce był już Kees. Nigdy więcej czegoś takiego nie zrobię.

– Straszna sprawa.

– Za to przygotowywali posiłki.

– O, świetnie.

– Ach, cudownie. Można było po prostu usiąść do stołu.

– To czemu Kees nie odstąpił ci tego pokoju?

– Nie wiem. Przyjechał dzień wcześniej i nie odstąpił.

– Znów to samo: tacy już są ludzie..

– Tacy są ludzie.

Osiemdziesięciolatek w trzyczęściowym garniturze,  wsparty o żonę, podszedł do wysokiego stolika, na którym postawiono środek dezynfekujący. Kobieta skropiła mu alkoholem dłonie i upewniła się, że mąż czyści także miejsce między palcami.

Gdy usiedli przy stoliku koło okna, podszedł do nich barman.

– Czy podać państwu coś do picia?

– Nikt mnie nie kocha! – wykrzyknął mężczyzna. Drżała mu dolna warga.

– Nie jest aż tak źle – odparła spokojnie kobieta, która ewidentnie częściej musiała wysłuchiwać podobnych okrzyków męża.

– A już na pewno nie ty!

– Podać panu kawę? – spróbował barman.

– Dla niego tak – odparła kobieta, nie podnosząc wzrok znad menu. – A dla mnie będzie szarlotka z bitą śmietaną. Jest chyba trochę kwaskowata, co? Ta szarlotka. Bo jak nie, to podziękuję.

Grant i Marjet, siedzące parę stolików dalej, uważnie obserwowały wejście nowych starych ludzi.

– Wiesz co? – zagadnęła Grant. – Moim zdaniem wszyscy młodzi ludzie będą mieć zaraz stare ręce od tej chemii. My już mamy stare ręce, to co innego. Ale ci młodzi!

Marjet omiotła wzrokiem swoje pomarszczone dłonie.

– Jak patrzę na tamtą dwójkę, jak tak człapią… – Grant zaczęła szeptać – to bardzo się boję… Bardzo się boję, że stanę się taka jak oni. Taka siwa i stara, i tak bliska ostatecznej oczywistości śmierci.

– Ach – odparła Marjet. – Jeśli przyjdzie taki czas, to po prostu wyśnij sobie, że kiedyś żyłaś, z całą tego nieprawdopodobnością.

09-11-20

Na moment przypomniały mi się słowa wokalistki Keeley Forsyth: „My love, I think it’s raining”, Myślę, że pada, kochanie. Nadszedł czas, by opuścić Grant i Marjet, i hotel Kurhaus, by wyjść na deszcz: przede mną kolejna noc na festiwalu Crossing Border. Czwartkowy wieczór należał do Szkota Robina Robertsona.

Robertson – poeta – poświęcił swoją pierwszą powieść weteranowi D-Day, Walkerowi. Po wojnie Walker próbuje rozmontować samego siebie w dużych amerykańskich miastach takich jak Nowy Jork i San Francisco, tak by móc następnie złożyć się od nowa, śrubka po śrubce. Walker odkrywa jednak, że już na dobre zrezygnował z samego siebie. Robertson: „przekonał się jedynie, że istnieje sposób, by przegrać, i sposób, by przegrać wolniej”. Proza tego szkockiego poety nadal grawituje w stronę poezji.

– Dlaczego właściwie nazywa się Walker? – spytał prowadzący wywiad Hans Bouman.

Because Walker walks, it’s in his name and nature – odparł poeta. Ponieważ wędrowiec wędruje, to zawiera się w jego imieniu i w jego naturze.

Czasem, gdy myśli za morzem krążą w burzliwej pogodzie, taka jasność potrafi przynieść ulgę.

Piątkowy wieczór na festiwalu Crossing Border rozpoczął się od występu uczniów szkół średnich. Na scenie stanęła trzynastoletnia Dia. Zanim zaczęła, musiała ustawić niżej mikrofon. Zauważyłem, że ukryta za pulpitem, i tak stoi na palcach. Dia napisała wiersz: nie pamiętała ani jednego dnia, w którym rodzice nie byliby rozwiedzeni. Nie mogła pozostać w domu, więc tułała się od jednej ciotki do drugiej, aż ciotki się skończyły. Wtedy trafiła do „opieki”. Trzynastoletnia Dia zakończyła swój wiersz wersem: „Nie tęskniłam za tym życiem”. Przyszłość Crossing Border jest w dobrych rękach.

Później tego samego wieczoru w CNN mówiono o historical poetry, poezji historii: „prezydentura Trumpa może zakończyć się zajęciem stanowiska wiceprezydenta przez pierwszą kobietę z mniejszości”.

Robin Robertson, trzynastoletnia Dia, Kamala Harris. Każde z tej trójki to na swój sposób debiutant.

Dawniej rodzice regularnie zabierali mnie na całodniowe plażowanie w Scheveningen. Mama mówiła: „pamiętaj, wolno ci wejść do morza po kostki i ani centymetr dalej, zrozumiano?”. Patrzyłem pytająco na tatę. No dobrze, pokazywał ręką, niech będzie po kolana.

Przez jakiś czas to działało, aż przestało.

Kiedy przez chwilę nie patrzyli, odbiłem się. Skoczyłem przed siebie i pierwszy raz zanurzyłem się w morzu głębiej niż po kolana. Natychmiast poczułem zachłanność, kipiącą ze złości siłę i gotowość do użycia przemocy; dla morza byłbym malutkim kąskiem.

Tak właśnie przeżywa się debiut: jak pierwsze zanurzenie w morzu głębiej niż po kolana.

07-11-20

Grant zamówiła jeszcze po kieliszku białego wina. Marjet szybko dopiła swoje, zanim na stole pojawiły się nowe.

– Niedługo znów rocznica jego śmierci – powiedziała Grant.

– Leo? To już? Mój Boże, jak ten czas ostatnio leci.

– On nigdy mnie nie rozumiał.

– Może dlatego wam się układało.

– Otóż to.

– Bardzo proszę. – Barman ostrożnie postawił dwa kieliszki sauvignon. Miał na sobie jednorazowe rękawiczki, a maseczka zakrywała jego szeroki uśmiech.

– Nawet orzeszków nie dostaniemy – zauważyła Grant.

– A zjadłabym coś słonego – zgodziła się Marjet.

– Morze też okropne.

– Spójrz tylko na te koktajle, cieszę się, że to nie ja je zamówiłam.

– Okropne.

– Za to lampy ładne.

– No, to dobranoc, kochana.

– Chyba „na zdrowie”?

– Ach, dobranoc, na zdrowie, jeden pies.

Grant wzięła łyk wielki jak grób marynarza. Marjet ochoczo wyrzuciła za burtę początkową rezerwę, ale potrzebowała trzech łyków, by dotrzymać tempa amerykańskiej przyjaciółce.

– Ale ciemne niebo, co?

– Prawie nie widać mola.

– Jak dla mnie i tak jest brzydkie.

– Teraz, we mgle, wygląda ładnie.

– Czy oni grają dwa kawałki naraz?

– Nie, to chyba jazz.

– Raz słyszę fortepian, a za chwilę znowu co innego. Daliby lepiej pianiście coś do picia.

– Może raz by zmienił repertuar.

– Albo w ogóle dał sobie spokój.

– Dawniej mieli tu też jazzowe koncerty noworoczne, chodziliśmy na nie.

– To były czasy.

– Teraz już nie wychodzę wieczorem.

– Coraz częściej tak mam. Już o trzeciej zamykam drzwi na klucz.

– No wiesz, to by było na tyle.

– To by było na tyle. Z nami tak samo.

– Jeszcze trochę.

– A co słychać u Everta?

– Tego nie wie nikt.

– A u Wien? Wcale nie mam już z nią kontaktu.

– Trochę z niej jęczydusza.

– Jak ja do niej nie zadzwonię, to sama się nie odezwie.

– Mało co z niej zostało, z dawnej Wien. I ma problemy z chodzeniem.

– Filutką to ona nie jest.

– A taka była roześmiana.

– Tak, ale zawsze się zastanawiałam, czy to było prawdziwe, czy była szczera.

– Umówiłyśmy się na sobotę, ale zawsze może odwołać.

– Oj, i co z tego, najwyżej zadzwonisz do mnie?

– Ty też nigdy sama nie dzwonisz.

– A mimo to tu siedzimy.

– Przyjemnie, co?

– O, jeszcze jak. Cudownie.

06-11-20

Dwie przyjaciółki, które czekały pod daszkiem kramu Josa na swojego dorsza, machinalnie wkładały do ust kolejne kąski ryby. Wiedziały, że jest za gorąca, by ją jeść, ale upływ lat znieczulił ich podniebienia i języki, a kobiety nie miały zamiaru tracić czasu w żaden sposób.

Grant i Marjet przyjaźniły się już od pół wieku i w każde czwartkowe popołudnie spotykały się w hotelu Kurhaus w Scheveningen. Grant pochodziła z USA, Marjet zaś była dumna, że jako jedyna w gronie swych lejdejskich przyjaciółek ma koleżankę z Ameryki. Pięćdziesiąt lat temu w sali balowej hotelu Kurhaus pewien komandor-porucznik marynarki na służbie poprosił Grant do tańca, a następnego poranka dziewczyna czuła się, jakby nadal tańczyła, jakby była na morzu.

Kilka lat później jej oficer spoczął na dnie morza, którego nazwy nie umiała nawet wymówić, i tego dnia Grant stała się mieszkanką Scheveningen. Co niedzielę odwiedzała pusty grób, a przez resztę tygodnia czekała, aż oficer wróci do domu.

Mama Marjet leżała obok pustego grobu oficera. Gdy pewnego razu Marjet podała Grant cmentarną konewkę, zawarły przyjaźń i tak już zostało.

 

Jak co czwartek umówiły się około trzynastej u Josa, by zjeść lunch w przyzwoitej cenie, następnie wejść schodami prowadzącymi do hotelu Kurhaus i wypić tam popołudniowy kieliszek sauvignon blanc. W nadchodzących miesiącach nie będzie można już spotykać się w hotelu, więc postanowiły tam przenocować, by móc jeszcze raz poplotkować i wznieść toast za dobiegające powoli końca życie. Weszły na taras ze spuszczonymi głowami w ciasno przylegających, przezroczystych kapturach, chroniąc się przed deszczem, i nie zauważyły nawet, że minęły starszego, łysego mężczyznę, który moknął i wpatrywał się w morze. Mężczyzna wybiegał wzrokiem tak daleko, że gdyby morze było płaskie, jego spojrzenie spadłoby za krawędź świata. On też kiedyś tutaj tańczył, w czasach, gdy jeszcze tańczył sam Kurhaus.

W pobliżu kelner przestawiał to tu, to tam duży czarny posąg syreny, dopóki nie uznał, że ustawił go dokładnie na środku tarasu.

Grant i Marjet lubiły sączyć białe wino nad morzem, widocznym zza podłużnego okna, i wspominać dawno minione czasy, aż morska woda zaczynała wzbierać także w ich oczach. Marjet opowiadała o tym, jak jako dziecko jeździła na karuzeli. Grant opisywała fortepian w sali balowej i taniec bez końca. Wiersze życia, które popadało w zapomnienie. Albo, jak powiedział we wtorkowy wieczór na festiwalu Crossing Border brytyjski pisarz Paul Mendez, „ciągle przepisywałem opowieści ze swojej młodości, by przypominać sobie o tym, kim jestem, i o tym, że istniałem”.

Grant i Marjet jeszcze raz wypowiedziały na głos swoje życie. Mówiły o młodych latach, kiedy jeszcze miały długie włosy, w które mógł zaplątywać się wiatr ze Scheveningen.

– Cóż – westchnęła Grant.

– No tak, i znów tu jesteśmy – zgodziła się Marjet. – Ależ miło jest wejść z dworu, gdy zawsze siedzi się w domu.

24-09-20

Na bulwarze w Scheveningen stoi chatka, cała z drewna, w której głosi się Słowo Boże. Można kupić tam biblie oraz streszczenia Biblii. Jeśli niebo jest pogodne, mężczyzna w różowej ocieplanej kamizelce otwiera drzwi dużym zardzewiałym kluczem o godzinie ósmej rano. Jeśli jest brzydko, zjawia się między dziesiątą a jedenastą. Zawsze, niezależnie od pory roku, ma na sobie swoją różową kamizelkę. Dzisiaj otworzył o wpół do jedenastej. W okienku świeci się słowo „OTWARTE”. Za Bożą chatką rozpościera się plaża, dalej morze. Nad wodą wisi burza, której niespieszno ruszyć nad ląd.

Na plaży trwa rozmontowywanie barów plażowych, składanie leżaków i wsadzanie ich do wielkich kontenerów. El Niño ma za sobą słaby sezon, De Golfslag także widział już lepsze czasy. Jasnowłosy chłopak z rozłożonym parasolem bezskutecznie usiłuje zgasić rozpalone ogrzewacze przed klubem Zanzibar.

Jakiś mężczyzna myje w deszczu płytki tarasu należącego do hotelu Kurhaus. Wylewa na nie wiadra wrzątku, by następnie ściągnąć ogrom wody z tarasu i schodów na promenadę. Jego woda znika w studzience tuż przed drewnianą Bożą chatką.

Obok Słowa Bożego stoi karuzela. Już ją zapakowano, znowu ruszy dopiero po przyjściu wiosny. Obok zapakowanej karuzeli znajduje się kram z rybami, gdzie można kupić smażonego dorsza w panierce oraz śledzia. Jos, właściciel kramu, sam wrzuca je do tłuszczu. Dwie kobiety, których przyjaźń trwa już od pół wieku, czekają obok mnie na swoje porcje dorsza. Założyły przezroczyste peleryny na płaszcze, a ściągnięte kaptury ciasno przylegają im do głów.

Jakiś mężczyzna zatrzymuje się przy kramie, ale nie zsiada z roweru.

– I co tam, Jos?

– Hej, Arie. No, tak sobie.

– Tak?

– W niedzielę nie robiłem zupełnie nic. W poniedziałek późno wstałem. – Gwałtowny kaszel targa Josem, który upuszcza w olej koszyk z dorszem. Taki kaszel przychodzi od morza, nie z lądu. – Ojojoj.

– A już wtorek.

– Tak, tak.

– I co jeszcze?

– No, spokój. Na szczęście lato się skończyło. O tej porze roku zwykle jest tak cicho, to dla mnie nie byle co.

Kawałek dalej słyszymy, jak mężczyzna w różowej kamizelce woła pod wiatr i deszcz, że istnieje także inna droga.

Kobiety wyglądają zatroskane spod daszku kramu rybnego. Patrzą w górę, na ciemne chmury i nieustający deszcz.

– Dziś już chyba nic z tego?

– Nie. Znowu nic.