Wracając na rowerze z festiwalu Crossing Border do hotelu Kurhaus oraz do Grant i Marjet, ujrzałem, że burza wisząca wcześniej nad morzem się opamiętała.
Mężczyzna w średnim wieku urządzał sobie przebieżkę po bulwarze w Scheveningen. Niedaleko drewnianej Bożej chatki zwolnił kroku, by podkręcić tempo zaraz za nią.
Dostawczak firmy rodzinnej Rip b.v. ze Scheveningen zatrzymał się przed barem plażowym De Golfslag, a właściwie przed tym, co z niego zostało: drewniane podłogi i ścianki, z których wyjęto okna. Reszta leżała już w kontenerach, które zostaną zabrane wielkim żurawiem następnego ranka i przywiezione ponownie dopiero w marcu, kiedy na plażę powrócą knajpki.
Firma Rip b.v. specjalizowała się w pracach wykopowych i wyburzeniowych i nie narzekała na brak zleceń. Dwóch członków rodziny Rip o szerokich barach robotników portowych zaczęło ładować deski podłogowe do samochodu. Rip senior palił papierosa i udzielał wskazówek. Fachowo uprzątano ostatnie pozostałości po lecie – takie zadanie można było ze spokojnym sercem powierzyć firmie Rip b.v.
W barze Waves hotelu Kurhaus Grant i Marjet wypiły po ostatnim kieliszku białego wina. Ich walizki stały w hotelowym lobby, gotowe do wyjazdu.
– Mniej więcej rok temu wynajęliśmy willę w Portugalii – zauważyła Grant.
– Jak fajnie – rozmarzyła się Marjet.
– Tak, ale nie, nie do końca.
– Jak to?
– Zapłaciłam ekstra za jedynkę, bo od śmierci Leo nie mogę spać przy kimś innym, i co się okazuje: łóżko jednoosobowe to polówka w kuchni, przez którą się szło do łazienki i ubikacji. Na pięć osób jedna łazienka i jedna ubikacja. A w tej drugiej jedynce był już Kees. Nigdy więcej czegoś takiego nie zrobię.
– Straszna sprawa.
– Za to przygotowywali posiłki.
– O, świetnie.
– Ach, cudownie. Można było po prostu usiąść do stołu.
– To czemu Kees nie odstąpił ci tego pokoju?
– Nie wiem. Przyjechał dzień wcześniej i nie odstąpił.
– Znów to samo: tacy już są ludzie..
– Tacy są ludzie.
Osiemdziesięciolatek w trzyczęściowym garniturze, wsparty o żonę, podszedł do wysokiego stolika, na którym postawiono środek dezynfekujący. Kobieta skropiła mu alkoholem dłonie i upewniła się, że mąż czyści także miejsce między palcami.
Gdy usiedli przy stoliku koło okna, podszedł do nich barman.
– Czy podać państwu coś do picia?
– Nikt mnie nie kocha! – wykrzyknął mężczyzna. Drżała mu dolna warga.
– Nie jest aż tak źle – odparła spokojnie kobieta, która ewidentnie częściej musiała wysłuchiwać podobnych okrzyków męża.
– A już na pewno nie ty!
– Podać panu kawę? – spróbował barman.
– Dla niego tak – odparła kobieta, nie podnosząc wzrok znad menu. – A dla mnie będzie szarlotka z bitą śmietaną. Jest chyba trochę kwaskowata, co? Ta szarlotka. Bo jak nie, to podziękuję.
Grant i Marjet, siedzące parę stolików dalej, uważnie obserwowały wejście nowych starych ludzi.
– Wiesz co? – zagadnęła Grant. – Moim zdaniem wszyscy młodzi ludzie będą mieć zaraz stare ręce od tej chemii. My już mamy stare ręce, to co innego. Ale ci młodzi!
Marjet omiotła wzrokiem swoje pomarszczone dłonie.
– Jak patrzę na tamtą dwójkę, jak tak człapią… – Grant zaczęła szeptać – to bardzo się boję… Bardzo się boję, że stanę się taka jak oni. Taka siwa i stara, i tak bliska ostatecznej oczywistości śmierci.
– Ach – odparła Marjet. – Jeśli przyjdzie taki czas, to po prostu wyśnij sobie, że kiedyś żyłaś, z całą tego nieprawdopodobnością.