Dwie przyjaciółki, które czekały pod daszkiem kramu Josa na swojego dorsza, machinalnie wkładały do ust kolejne kąski ryby. Wiedziały, że jest za gorąca, by ją jeść, ale upływ lat znieczulił ich podniebienia i języki, a kobiety nie miały zamiaru tracić czasu w żaden sposób.
Grant i Marjet przyjaźniły się już od pół wieku i w każde czwartkowe popołudnie spotykały się w hotelu Kurhaus w Scheveningen. Grant pochodziła z USA, Marjet zaś była dumna, że jako jedyna w gronie swych lejdejskich przyjaciółek ma koleżankę z Ameryki. Pięćdziesiąt lat temu w sali balowej hotelu Kurhaus pewien komandor-porucznik marynarki na służbie poprosił Grant do tańca, a następnego poranka dziewczyna czuła się, jakby nadal tańczyła, jakby była na morzu.
Kilka lat później jej oficer spoczął na dnie morza, którego nazwy nie umiała nawet wymówić, i tego dnia Grant stała się mieszkanką Scheveningen. Co niedzielę odwiedzała pusty grób, a przez resztę tygodnia czekała, aż oficer wróci do domu.
Mama Marjet leżała obok pustego grobu oficera. Gdy pewnego razu Marjet podała Grant cmentarną konewkę, zawarły przyjaźń i tak już zostało.
Jak co czwartek umówiły się około trzynastej u Josa, by zjeść lunch w przyzwoitej cenie, następnie wejść schodami prowadzącymi do hotelu Kurhaus i wypić tam popołudniowy kieliszek sauvignon blanc. W nadchodzących miesiącach nie będzie można już spotykać się w hotelu, więc postanowiły tam przenocować, by móc jeszcze raz poplotkować i wznieść toast za dobiegające powoli końca życie. Weszły na taras ze spuszczonymi głowami w ciasno przylegających, przezroczystych kapturach, chroniąc się przed deszczem, i nie zauważyły nawet, że minęły starszego, łysego mężczyznę, który moknął i wpatrywał się w morze. Mężczyzna wybiegał wzrokiem tak daleko, że gdyby morze było płaskie, jego spojrzenie spadłoby za krawędź świata. On też kiedyś tutaj tańczył, w czasach, gdy jeszcze tańczył sam Kurhaus.
W pobliżu kelner przestawiał to tu, to tam duży czarny posąg syreny, dopóki nie uznał, że ustawił go dokładnie na środku tarasu.
Grant i Marjet lubiły sączyć białe wino nad morzem, widocznym zza podłużnego okna, i wspominać dawno minione czasy, aż morska woda zaczynała wzbierać także w ich oczach. Marjet opowiadała o tym, jak jako dziecko jeździła na karuzeli. Grant opisywała fortepian w sali balowej i taniec bez końca. Wiersze życia, które popadało w zapomnienie. Albo, jak powiedział we wtorkowy wieczór na festiwalu Crossing Border brytyjski pisarz Paul Mendez, „ciągle przepisywałem opowieści ze swojej młodości, by przypominać sobie o tym, kim jestem, i o tym, że istniałem”.
Grant i Marjet jeszcze raz wypowiedziały na głos swoje życie. Mówiły o młodych latach, kiedy jeszcze miały długie włosy, w które mógł zaplątywać się wiatr ze Scheveningen.
– Cóż – westchnęła Grant.
– No tak, i znów tu jesteśmy – zgodziła się Marjet. – Ależ miło jest wejść z dworu, gdy zawsze siedzi się w domu.