Na moment przypomniały mi się słowa wokalistki Keeley Forsyth: „My love, I think it’s raining”, Myślę, że pada, kochanie. Nadszedł czas, by opuścić Grant i Marjet, i hotel Kurhaus, by wyjść na deszcz: przede mną kolejna noc na festiwalu Crossing Border. Czwartkowy wieczór należał do Szkota Robina Robertsona.
Robertson – poeta – poświęcił swoją pierwszą powieść weteranowi D-Day, Walkerowi. Po wojnie Walker próbuje rozmontować samego siebie w dużych amerykańskich miastach takich jak Nowy Jork i San Francisco, tak by móc następnie złożyć się od nowa, śrubka po śrubce. Walker odkrywa jednak, że już na dobre zrezygnował z samego siebie. Robertson: „przekonał się jedynie, że istnieje sposób, by przegrać, i sposób, by przegrać wolniej”. Proza tego szkockiego poety nadal grawituje w stronę poezji.
– Dlaczego właściwie nazywa się Walker? – spytał prowadzący wywiad Hans Bouman.
– Because Walker walks, it’s in his name and nature – odparł poeta. Ponieważ wędrowiec wędruje, to zawiera się w jego imieniu i w jego naturze.
Czasem, gdy myśli za morzem krążą w burzliwej pogodzie, taka jasność potrafi przynieść ulgę.
Piątkowy wieczór na festiwalu Crossing Border rozpoczął się od występu uczniów szkół średnich. Na scenie stanęła trzynastoletnia Dia. Zanim zaczęła, musiała ustawić niżej mikrofon. Zauważyłem, że ukryta za pulpitem, i tak stoi na palcach. Dia napisała wiersz: nie pamiętała ani jednego dnia, w którym rodzice nie byliby rozwiedzeni. Nie mogła pozostać w domu, więc tułała się od jednej ciotki do drugiej, aż ciotki się skończyły. Wtedy trafiła do „opieki”. Trzynastoletnia Dia zakończyła swój wiersz wersem: „Nie tęskniłam za tym życiem”. Przyszłość Crossing Border jest w dobrych rękach.
Później tego samego wieczoru w CNN mówiono o historical poetry, poezji historii: „prezydentura Trumpa może zakończyć się zajęciem stanowiska wiceprezydenta przez pierwszą kobietę z mniejszości”.
Robin Robertson, trzynastoletnia Dia, Kamala Harris. Każde z tej trójki to na swój sposób debiutant.
Dawniej rodzice regularnie zabierali mnie na całodniowe plażowanie w Scheveningen. Mama mówiła: „pamiętaj, wolno ci wejść do morza po kostki i ani centymetr dalej, zrozumiano?”. Patrzyłem pytająco na tatę. No dobrze, pokazywał ręką, niech będzie po kolana.
Przez jakiś czas to działało, aż przestało.
Kiedy przez chwilę nie patrzyli, odbiłem się. Skoczyłem przed siebie i pierwszy raz zanurzyłem się w morzu głębiej niż po kolana. Natychmiast poczułem zachłanność, kipiącą ze złości siłę i gotowość do użycia przemocy; dla morza byłbym malutkim kąskiem.
Tak właśnie przeżywa się debiut: jak pierwsze zanurzenie w morzu głębiej niż po kolana.